Awantury arabskie



siedemdziesięciu siedmiu korzeniami, przymykał z lekka oczy, jak gdyby zobaczył otwarte drzwi do raju; inny zaś, tuż obok siedzący i czekający swojej kolei, otwierał oczy szeroko i mruczał niespokojnie odpowiedni werset z Koranu, w którym między innymi takie słychać było błogosławieństwa: “Ręka mu omdleje, tyle bierze ten złodziej, większy mający brzuch niż rozum… Obyś się udławił, psie nieczysty, wuju wielbłąda, a bracie szakala!… Że też Prorok w pysk go nie trzaśnie widząc, co czyni ten syn Ali Baby…”
Kiedy zaś przyszła na niego kolej, uśmiechał się błogo, następny zaś życzył mu ze szczerego serca wszystkich chorób, jakie tylko są w Bagdadzie, trądu zaś przede wszystkim, albowiem trwa długo i nie można się do niego tak łatwo przyzwyczaić.
Jedli potem w milczeniu i z wprawą smakując, i poznali po przewybornym smaku baranim, że dobrze jest na świecie i że panuje nad nim błogosławieństwo, Jakżeby bowiem inaczej bydlę tak nierozumne jak baran tyle na sobie mogło mieć tłuszczu? Wiele im tak upłynęło godzin, aż poczuli przyjaciele Sindbada, że są syci, więc oblizawszy palce, aby nie poplamić sukni, maczać poczęli ręce w srebrnych misach, pełnych wonnej wody, która w tejże chwili wiele utraciła ze swej wonności i stała się gęsta jak wody tego morza, o którym mówią, że jest martwe.
Kiedy zaś niewolnicy, odwracając głowy i daleko przed sobą dzierżąc srebrne misy z ową wodą, zniknęli – dal znak żeglarz Sindbad, aby przyjaciele zmienili się w słuch; usiedli tedy w krąg i trawiąc słodko, słuchali, co im ma rzec.
On zaś mówił:
- Siedem razy byliście u mnie, a ja wam opowiedziałem o siedmiu moich podróżach, które spisane są na oślej skórze w bibliotece kalifa, w zbiorze bajek z Tysiąca i jednej nocy.
Powiedziałem wam wszystko, co było i czego nie było, bo nie na to dał Allach mowę swemu słudze, aby ten mówił prawdę. On ją bowiem zawsze rozezna, a więcej go. nic nie obchodzi…
- Powiedziałeś, Sindbadzie! – rzekł na to bogaty farbiarz spod Wschodniej Bramy. Zaś Sindbad:
- Nie będę ci wypominał tych dwóch garści daktylów i bakalij, któreś ukrył w zanadrze, mniemając, że nikt nie patrzy, to ci tylko powiem, że kto najadłszy się, chce mi przerywać, temu każę dać sto bambusów, tak ze jego pięty podobne będą raczej do pośladków osła, którego biją przez lat dwadzieścia…
- Stul pysk, dostojny Jusuffie! – rzekł mu uprzejmie inny, który zapragnął nagle snu.

Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92