Przyjaciel wesołego diabła
najodważniejszego mógł porazić śmiertelną trwogą; błysnęły krwawym odblaskiem pochodni, jak gdyby z wielkiego gniewu krwią nabiegły, tłoczyły się i przewalały jedne przez drugie, wciąż patrząc okropniym spojrzeniem. Sto albo i więcej takich spojrzeń bystrych, dobrotliwych i drapieżnych wpiło się w chłopca, który drżał. Trwoga, istota dotąd mu nie znana, wyszła z mroku i stąpając bezszelestnie, chwyciła go za gardło. Rozmawiał twarzą w twarz z duchem, gadał z głosem, żyjącym w studni, znał wszystkie strachy nocy, widział lęk rodzące wszystkie mroczne lochy i nigdy nie zadrżał. Ten jednakże widok był ponad jego chłopięce siły. Nagłą też trwogą napełnił go i ów człek nieznajomy, którego się dotąd nie lękał. Myśli, jak nietoperze szybkie, poczęły latać po Jankowej głowie.
- Kim jest ten człowiek? – pytał siebie w gorączce – czy to jest zbójca, morderca straszliwy, czarodziej on czy szatan? Skąd ma te oczy? Czy je wydarł umęczonym ludziom żywym, czy odjął umarłym, co się bronić nie mogli? Oświeć mnie, Jezu Panie, oświeć mnie?
Słał zalękniony i wzroku nie mógł odjąć od tych oczów. Były wśród nich zbrojne spojrzeniem okrutnym, były inne żarłocznie patrzące, chciwe i zachłanne, były podobne jastrzębim, były też pomazane powagą, uczciwie patrzące albo też i takie, które miały w sobie smutek i tęskność. Więcej jednak było oczów złych, niż takich, co jasno patrzą.
Spojrzało nagle na niego oko o stalowej zimnej barwie wzrokiem złym i jakby wściekłym. Janek zadygotał i chwycił rękoma brzeg stołu, jak gdyby w ten sposób chciał się bronić przed ucieczką. Byłby już dawno uciekł z krzykiem, gdyby nie to, że z kłębowiska przewalającego się w nim strachu jedna wydobyła się myśl, że taa cała okropność ma jakiś związek tajemny z oślepłymi oczyma jego ojca. Zmógł się więc krwawym wysiłkiem i stał blady i drżący.
- Boisz się? – zapytał drwiąco czarny nieznajomy. Jak błyskawica rozświetliło się coś w chłopięcej głowie. Nie! jemu nie wolno się bać!
Teraz rozumiał głos, który gadał do niego z dna studni. Wszystko przepadnie, jeśli go strach zwycięży. Był to, widać, głos przyjazny, głos tego, który wiedział, że stanie się kiedyś coś takiego, co zatrwoży duszę chłopca. Zdławił i w sobie przeto strach i nagłym ruchem strząsnął go z siebie, jak łachman niemiły; oczy mu zapłonęły i rzekł mocno:
- Nie boję się!
- A jednak drżałeś jak liść! – syknął tamten.
- Panie! – rzekł Janek – zdumienie to było przeraźliwe, co mnie chwyciło za gardło, a
Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172 173 174 175 176 177 178 179 180 181 182 183 184 185 186 187 188 189 190 191 192 193 194 195 196 197 198 199 200 201 202 203 204 205 206 207 208 209 210 211 212 213 214 215
